Miłość wolność samotność


Udostępnij na:

Pamiętam jak nie tak dawno moje serce było przepełnione tęsknotą za bliskością, za miłością, takim strachem, że nikt mnie nie pokocha taką jaka jestem, i rozpaczą jakby to już było przesądzone. Bo kto będzie chciał być z takim lubieżnym samotnikiem mającym awersję do ludzkiego bullsh*tu i więzienia przywiązania? Szczerze? Nadal nie wiem 🙂 🙂 🙂 Dziś o miłości i związkach trochę inaczej.

Cechą charakterystyczną toksycznego związku jest to, że osoby uwikłane w nim nie mogą się ze sobą rozstać. Pamiętam jak przez lata mojego ostatniego związku czułam się jak w potrzasku, jak w sidłach, w które niechcący wpadłam i już nie potrafię się wydostać, a im bardziej się miotałam, aby uciec, tym bardziej plątałam się w sieci. Byłam uwikłana w tych sidłach związku z mężczyzną, który mi powtarzał, że mnie kocha, że wszyscy tak mają, tak po prostu zawsze jest i powinnam się do tego przyzwyczaić. Jak patrzę pod tym kątem na większość moich znajomych, to rzeczywiście chyba miał rację. Wszyscy tak mają. Ale czy ja powinnam się do tego przyzwyczaić? Wszystko się we mnie gotowało i krzyczało ‘NIE!’ Niezgoda na życie polegające na ciągłym dostosowywaniu się, zapominaniu o sobie i życiu dla kogoś czy dla ideału popartej społecznie formy związku rodzinnego, urosła we mnie tak bardzo, że wystrzeliła na światło dzienne. Od tego czasu WIEM, że taki kompromis, takie poświęcenie samej siebie dla związku, dla rodziny jest nie dla mnie, jest zaprzeczeniem istnienia mojego Ja. Od wtedy moimi czołowymi potrzebami, które się ze mnie wylały, i które notorycznie zaspokajam to wolność i autentyczność. Czuję taką lekkość i szczęście będąc w tym cudownym związku sama ze sobą. Uwielbiam być sama ze sobą! Potrzebuję tego jak powietrza! Przestrzeni dla siebie, wyrażania prawdziwej siebie – wolności! Wszystko super, ale co z innymi potrzebami? Co z potrzebą bliskości? Co z potrzebą dotyku, fizycznego bycia z drugim człowiekiem, przytulenia? Co ze wszystkim tym czego związek „sama ze sobą” nie może mi dać? Brak zaspokojenia tych potrzeb szybko dał znać o sobie. Moim sercem zawładnęła tęsknota za uczuciem, które dały mi to wszystko czego ja sama nie mogłam sobie dać. Tylko kto pokocha osobę, która nie potrafi zrezygnować z wolności, która nie poświęci samej siebie dla ‘związku’. Bo przecież to jest tak, że rezygnując ze swojej wolności zyskujesz miłość, prawda? A ona jest przecież najważniejsza, jest sensem istnienia. Może i tracisz swoje Ja, ale przecież zyskujesz Nas. I to jest tak zwane przekonanie. Przekonanie wpojone nam przez wychowanie. Jak ze wszystkimi przekonaniami nie chcę dyskutować czy jest prawdziwe czy nie, bo to nie ma sensu – przekonanie jest jak dogmat – o prawdziwości dogmatu się nie dyskutuje. Chcę jednak ocenić go pod kątem konsekwencji jakie ze sobą niesie. Utrata siebie dla roli rodzinnych – dla roli opiekuńczej żony, dobrej pani domu, ponętnej kochanki, cierpliwej matki. Jak rezygnujemy z siebie (nieważne dlaczego i po co, nawet dla szczytnych celów) możemy tylko odgrywać role. Mogą to być cudowne role, ale jednak role. Brak w tym autentyczności. Wyrzekamy się siebie dla miłości, ale jak nie ma nas, to kto kocha? Dla mnie rezygnacja z siebie, ze swojej wolności dla miłości, dla drugiej osoby, dla związku jest pułapką i prowadzi do uwikłania, gdyż nie ma już kto kochać. Dlatego wolne autentyczne Ja to podstawa! Bycie ze sobą to podstawa!

Fajnie, że jestem taka super mądra i to sobie wszystko ładnie intelektualnie wytłumaczyłam. Ale nadal nikt mnie nie przytula, a ja nadal tego potrzebuję. I znowu ta tęsknota za miłością. Wpadałam w nieprzyjemny dysonans. Gdzie mam znaleźć na niego lekarstwo? Już dobrze wiem, że przystanie na kompromis nie jest lekarstwem na uwikłania. Jest pułapką zamykającą nas w rolach. Otóż lekiem na każdy rodzaj uwikłania jest świadomość i praktyka – taki uniwersalny rodzaj leku na wszystko :).

Pogłębianie świadomości

Jak na osobę przyzwyczajoną do myślenia bez poczucia własnej wartości przystało, lubię znajdować potwierdzenie swoich rozważań u autorytetów. I tu pewnego dnia przyszedł do mnie Osho. Mając w głowie ten cały mętlik przeplatających się potrzeb miłości, wolności i strachu przed samotnością, znalazłam na półce w księgarni książkę Osho zatytułowaną „Miłość, wolność, samotność”. Przeznaczenie? 🙂 Jako że o tym wschodnim nauczycielu już sporo dobrego słyszałam, natychmiast zakupiłam tę książkę.

Miłość według myśli Wschodu

Te nasze utarte przekonania, że w związku trzeba się oddawać, czerpać radość z  pracy nad wspólnym dobrem, że rodzicielstwo to poświęcenie i altruizm, są niepotrzebnie wynoszone na piedestały. Kto powiedział, że tak trzeba? Moja lewa półkula szybko zauważyła analogię do wzniosłości jaką jest oddawanie się Bogu za jego umiłowanie, przekonania, że tylko wyrzekając się siebie i przyjmując Boga można znaleźć ukojenie bólu życia i szczęście. Brzmi znajomo? Hmmmmm. Załóżmy na chwilę, że Bóg to nie dogmat i przyjrzyjmy się innej opcji. Jak już wspominałam w innych wpisach, myśl Wschodu bardziej zajmuje się zaglądaniem w siebie, a myśl Zachodu zwraca się na zewnątrz ku Bogu. W zachodniej wersji Bóg jest miłością, masz w sobie miłość jak masz w sobie Boga. Natomiast we wschodniej wersji miłość wypełnia nas, gdy jesteśmy świadomi, akceptujący i życzliwi dla samego siebie. Dopiero wtedy tę miłość, która narodziła się w nas można przekazywać dalej. Dlatego najważniejsza miłość to miłość do samego siebie. Nie przekażemy dalej miłości nie mając jej oryginalnie w sobie. W praktyce zachodnia wersja miłości (mimo że brzmi bardzo wzniośle i altruistycznie) to tęsknota, poczucie osamotnienia i oczekiwanie, że ktoś inny spełni nasze potrzeby, uratuje nas, nada naszemu życiu sens. I wtedy można mówić, że „miłość boli”, albo że „miłość to wieczna tęsknota” itd. Moim skromnym zdaniem to raczej niemiłość. Natomiast miłość mająca początek w poznaniu i akceptacji samego siebie jest mieszanką bezgranicznej życzliwości i wolności. I niczym więcej nie jest. Nie ma oczekiwań, nie ma warunków, nie ma kontroli, nie ma żalu.

No ok. Fajnie. Ale NADAL nikt mnie nie przytula 🙁 🙁 🙁

Osho wprowadza istotne rozróżnienie pojęć. Jest samotność i jest osamotnienie. Samotność to bycie samemu ze sobą, to dbanie o ten najważniejszy związek w życiu, to odczuwanie istnienia całym sobą, czucie siebie we własnej skórze i we własnym życiu. Samotność to dar. Samotność to ludzka potrzeba. Natomiast w momencie kiedy bycie samemu nam doskwiera, tęsknimy za miłością, bliskością, to mówimy o poczuciu osamotnienia. Osamotnienie to ta czarna rozpacz w sercu i rozglądanie się za kimś (kimkolwiek) do przytulenia.

Samotność jest poczuciem człowieczeństwa i jest niezbędna do poczucia spełnienia i szczęścia. Samotność, poczucie siebie wymaga wolności. Dużo wolności. To jak ma się do tego wszystkiego związek dwojga ludzi? Osho dał mi odpowiedź, która uleczyła moje rozdarcie. Według niego szczęśliwy związek kobiety i mężczyzny to sinusoida faz współodczuwania i samotności. Samotność zapewnia nam kontakt i jedność z naszym Ja, a współodczuwanie maksymalną bliskość (wręcz jedność) z Ja drugiej osoby. Obie fazy są równie ważne dla szczęśliwego związku dwojga kompletnych ludzi. O definicji ‘samotności’ według Osho już pisałam, to jeszcze wyjaśnię co to jest ‘współodczuwanie’. Jakby empatię porównać do odwiedzin w domu drugiej osoby, do oglądania wystroju, obrazków, wazoników, do poznania muzyki, którą lubi właściciel i poczucia woni jego domu (podstawowa zasada empatii „patrz, ale niczego nie dotykaj!”), to współodczuwanie można porównać do rozgoszczenia się w jej ulubionym fotelu, opatulenia się ciepłym kocykiem, który jest jeszcze przesiąknięty jej zapachem i skosztowaniu jej ulubionej świeżo zaparzonej kawy. Rozgaszczamy się na tyle, że czujemy się jak u siebie w domu. To największa osiągalna bliskość emocjonalno-mentalna z drugim człowiekiem. Daje wręcz iluzję jedności. O oba te aspekty trzeba dbać! Należy zadbać najpierw o najważniejszy związek czyli ten z samym sobą – o swoją samotność, i dopiero później można trwać z człowiekiem we współodczuwaniu. Oczywiście jest to możliwe tylko z drugim człowiekiem, który też zadbał już o swoją samotność. Czyż to rozwiązanie nie brzmi to pięknie?!

Niechciana praktyka

Ja oczywiście nie będę wierzyć wschodnim pismakom na słowo (nawet pisane), no bo jak to tak?! Ja nadal potrzebuję, aby ktoś mnie przytulał, nadal odczuwam brak bliskości z drugą dorosłą osobą. Zrobię więc jeszcze parę głupot, aby utrwalić moją nowo zdobytą świadomość 🙂 .

Na początku stworzyłam sobie taką bardzo zmyślną teorię. Mój wątpliwy geniusz nadal mnie zachwyca! Otóż wymyśliłam sobie, że skoro wiem, że nie chcę już być w tradycyjnym związku opartym na spełnianiu oczekiwań i więzieniu, a chcę się skupić na tym, czego w takim związku przeważnie brakuje, czyli odczuwaniu bliskości z drugą osobą – to najlepszym rozwiązaniem będzie związanie się z żonatym mężczyzną. On jest już w tradycyjnym związku, ma swoje życie, nie wejdzie do mojego domu i się nie zagnieździ – dzięki temu będę miała swoją wolność, i jednocześnie nie będzie musiał mnie okłamywać i niczego ukrywać, bo po co – dzięki temu każde z nas ma swoją autentyczność i prawdziwa bliskość jest w ogóle możliwa. Teoria iście genialna, szkoda tylko, że się nie sprawdza w praktyce :).

To gdzie była dziura w moim myśleniu? Otóż rola kochanki wiąże się z następującymi realiami:

  1. Facet bardzo się boi wykrycia. Boi się tego panicznie. Jak tylko żona coś podejrzewa, zapada się pod ziemię. Nie można liczyć na normalne pożegnanie i wyjaśnienie. „No bo przecież mam żonę i rodzinę – przecież wiesz o tym”. Ty jako osoba się nie liczysz.
  2. Relacja z żonatym facetem jest bez zaangażowania, seks jest bez zaangażowania. „No bo przecież mam żonę i rodzinę – przecież wiesz o tym. Nie mogę się angażować”. Ty jako osoba się nie liczysz.
  3. Wasze kontakty są tylko i wyłącznie na jego warunkach. Dobry na wszystko argument „No bo przecież mam żonę i rodzinę – przecież wiesz o tym” – jest używany przy każdej dogodnej okazji, jak nie ma na coś ochoty. Przychodzi do Ciebie tylko wtedy, kiedy akurat przyjdzie mu na to ochota. Ty jako osoba się nie liczysz. Ciekawe, że argument „Bo przecież mam żonę” jest dobry na dokładnie wszystko poza tym, aby być jej wiernym :).
  4. Facet zdolny do bliskości, do otwartości, do prawdziwej intymności z kobietą – ma ją ze swoją żoną. Jeśli tkwi w związku bez tego i szuka relacji pozamałżeńskich znaczy, że w ogóle nie jest zdolny do bliskości. Nie jest w bliskim kontakcie sam ze sobą, ani z żoną, nie będzie też blisko z Tobą. Nie szanuje samego siebie, swoich potrzeb, nie szanuje jako osoby swojej żony i nie będzie szanował jako osoby też Ciebie.

I po co mi to? Ja chcę pracować nad zbudowaniem poczucia własnej wartości, a nie go burzyć. Ja chcę bliskości, intymności, a nie wiecznego poczucia odtrącenia i traktowania jak zabawkę, którą odkłada się na półkę kiedy tylko ma się ochotę. Ja chcę pełnego zjednoczenia ciał i umysłów, a nie fizycznego zaspokojenia bez cienia zaangażowania. Orgazm to ja umiem sobie sama dać! Taki układ nie spełnia zupełnie moich potrzeb, jednocześnie zabierając mi poczucie własnej wartości – po co mi to?

Ten właśnie stan

Teraz poczułam pełną jasność tego, jak to wygląda i wiedziałam już czego chcę i potrzebuję. Bo po co mi coś innego? Po co mi inne relacje z mężczyznami na niepasujących mi zasadach? Przecież wiem, ze nie mam szansy na szczęście w tradycyjnym modelu związku. Jednocześnie, chcę czegoś z zaangażowaniem i bliskością. Wiem to.

No ok. Fajnie. Ale NADAL nikt mnie nie przytula… Jak to nie???

Sama się przytulam! 🙂 🙂 🙂 Właśnie tak! Robię tzw. selfhug. Przyznam, że jak wcześniej widziałam ludzi tulących się do siebie samych, to miałam poczucie zdegustowania. Dopóki nie spróbowałam! Naprawdę czuć na ciele własne objęcia, bliskość i wsparcie… od siebie samego! Jest to doskonała metoda na zaspokojenie potrzeby fizycznego kontaktu z drugim dorosłym człowiekiem. Jakby to nie zaspokoiło w pełni moich potrzeb zawsze jest moja córka, która jest mistrzynią przytulania, no i moi przyjaciele, w których objęciach czuć całą życzliwość jaką do mnie mają. To spełnia moje potrzeby. Nie potrzebuję tradycyjnego związku, bo nie jest on już metodą na zaspokojenie moich potrzeb – żadnych! Dlatego nie chce rzucać się już na nikogo z niezaspokojoną potrzebą poczucia bliskości. Zresztą związek z osobą wybraną według programu „chcę-być-z-kimś-bo-nie-chce-być-już-samotna” i tak nie spełni mojej potrzeby bliskości! A opiekuna nie potrzebuję – sama mogę się sobą zaopiekować. Mam zresztą taki 3-postaciowy babski sztab opiekuńczy: moją Najlepszą Przyjaciółkę (ex-Wewnętrzny Krytyk), Prześmiewczą Wojowniczkę i Opiekunkę. Sama ze sobą jestem szczęśliwa, nie potrzebuję więc związku, który by to zmienił – chcę drugiego świadomie szczęśliwego człowieka, a nie tylko potencjału mężczyzny – to już nie wystarczy. Chcę kogoś kto kocha swoją samotność, jest sobą i jest wolny. Tylko z taką osobą można osiągnąć jedność – to, czego tak pragnę.

I jak to pojęłam, i umysłem i praktyką, osiągnęłam spokój i tęsknota za miłością opuściła moje serce. I właśnie dlatego związek człowieka z samym sobą jest najważniejszy, dlatego miłość do siebie jest najważniejsza – jak ją mamy, sami ze sobą czujemy się dobrze, więc nie wchodzimy w związki, w których będziemy czuć się źle (bo po co?), i z drugiej strony jesteśmy zdolni do pełnej bliskości z drugim człowiekiem – do współodczuwania.

„Jak kochać, to księcia, jak kraść, to miliony!”[1] Po co mi kompromisy?

[1] z filmu „Nigdy w życiu” R. Zatorskiego


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.