O prezentach od życia


Udostępnij na:

Lubicie dostawać prezenty? No ba! Chyba najbardziej rozpieszcza nas nimi życie. Tak! Ciebie też! Chociaż mało kto umie te prezenty rozpoznać, gdyż są jak owce w wilczej skórze. Przeważnie je odrzucamy. O prezentach, które dostałam od życia, jak mnie zmieniły i nadały mojemu życiu sens.

W tym wpisie chciałam rozwinąć to, czego liznęłam w „Odbić się od dna”. Nie wiem czy uwierzyliście, że można podchodzić tak optymistycznie do ciężkich przeżyć i tragedii życiowych, że można ich wyczekiwać, że to od nas zależy czy rozpoznamy w nich prezenty, którymi tak naprawdę są. Chciałam więc Wam trochę bliżej zobrazować moje cudne prezenty, jakimi zostałam obdarowana.

  1. Wyzwolenie z materializmu

Dla mnie materializm to ta niesamowita dbałość o perfekcjonizm wszystkich przedmiotów, którymi się otaczasz, a także swobodna fanaberia posiadania rzeczy jaką zobaczysz. To te chwile, kiedy urządzasz dom i dbasz o każdą kafelkę, dobór podświetleń LED, obrazu na ścianę i wazoniku na półce, i wściekasz się jak cokolwiek jest inaczej niż „zamówiłeś”. To te przyzwyczajenie, gdy drobiazgowo dobierasz jakość swojej garderoby. Te chwile, gdy widzisz reklamę nowego modelu telefonu w promocji i myślisz sobie „ W sumie czas już zmienić tego rzęcha. Ma w końcu już dwa lata i nie ma opcji bezprzewodowego ładowania – rupieć!”. To wtedy kiedy kupujesz kije trekkingowe za trzy stówy, bo mają więcej opcji niż te za 60 zł, a już totalnie nie wspominając o tym, że 15 lat temu nikt na wycieczki czysto turystyczne nie chodził z kijami, bo i po co? Brzmi jak codzienne chwile (prawie) każdego człowieka, rutynowy zdroworozsądkowy sposób myślenia. To teraz odwróćmy sytuację i wyobraźmy sobie, że los zaaplikował nam lek na to „zdroworozsądkowe” myślenie. Wyobraź sobie, że już wybudowałeś wymarzony dom, położyłeś super-wytrzymałe piękne podłogi, udekorowałeś ściany wyśnionym Rubensem i wieloma innymi rzeczami, które jakoś wpadły Ci w oko (i ręce) na każdych kolejnych zakupach, masz już te wymarzone (i dobrze przemyślane!) cuda techniki, które są niezbędnym umilaczem Twojego życia. Masz te wszystkie rzeczy. Esencja i apogeum Twojego nawyku gromadzenia. A jednego dnia wszystko tracisz. Jednego dnia wszystkie te przemyślane, bogate w opcje i logicznie wyargumentowane rzeczy, trawi np. pożar. Niemożliwe? Nie zdarzy się? Nie trzeba się przejmować? Otóż jak nieprawdopodobne może się to wydawać zdroworozsądkowemu umysłowi – mnie się przydarzyło. Straciłam wszystko. I teraz (to ważne) chciałabym pominąć te wszystkie współczujące odczucia odnośnie wielkiej tragedii czy traumy, których tak naprawdę nie było, a skupić się na trwałej zmianie, względem ugruntowanego materializmu, jaka się dokonuje w człowieku po takiej sytuacji. Jaka się we mnie dokonała. W trakcie odbudowywania materialnego dorobku życia, na początkowym etapie szoku odczuwałam wielki bunt przeciw kupowaniu nowym drogich bajeranckich rzeczy. Jakichkolwiek bez względu na przedział cenowy. Dotyczyło to zarówno mebli, sprzętu AGD jak i bielizny czy zestawu sztućców. To już nawet nie chodzi, że nie mieliśmy pieniędzy, bo pewnie coś by się znalazło. Ja nie byłam w stanie nic kupić, bo przez cały czas nachodziła mnie natrętna myśl: „Po co wyrzucać pieniądze w błoto? Przecież i tak to się wszystko zaraz spali i tego nie będzie”. Trochę tak, jakby niekupowanie nowych fajnych rzeczy miało mnie uchronić przed straceniem ich, przed kolejną tragedią. W tym czasie przyjęliśmy dużo używanych rzeczy od wielu cudownych ludzi. Wtedy takie rozwiązanie było najlepsze nie ze względu na brak środków, ale właśnie ze względów emocjonalnych. Kupowaliśmy tylko takie rzeczy, jakich nie dostaliśmy lub takie, których używanych po prostu nie da się dostać. Spokój dla mojej psychiki dawało poczucie, że jakbym miała to wszystko „nowe” jutro stracić, to nie poczułabym ni szczypty żalu. Taki piękny mechanizm obronny jaki zafundował mi mój umysł 🙂 Po wyjściu z etapu szoku, zorientowaniu się, że nie będę jednak wszystkiego codziennie tracić i zaczęłam powoli kupować sobie nowe rzeczy. W moim sposobie myślenia pozostała jednak podstawowa granica: nie kupuję niczego, co byłoby mi żal jutro stracić. Nie wydam kilkunastu tysięcy na wymarzone meble, kupię super-ładne, ale używane za kilka stów. Większość AGD mam używanych. Mój nowy sprzęt do trekkingu nie jest markowy. Ale jest i druga strona: aktualnie moja szafa jest pełna ubrań z Insomni i bielizny z Intimissimi (dla niewtajemniczonych, te sklepy nie należą do najtańszych). Dzięki nim, nie posiadając super wyrafinowanych przedmiotów w domu, mogę poczuć się wyjątkowo dzięki mgiełce luksusu na sobie i zadbać o tą moją potrzebę. Jednak jakbym miała stracić to wszystko choćby jutro, powieka by mi nie drgnęła – zaczęłabym z uśmiechem zabawę od początku. To jest brak przywiązania do ciężaru rzeczy materialnych, to jest ta lekka wolność w głowie, za którą z całego serca dziękuję 🙂

  1. Wyzwolenie z toksycznego poczucia winy

Zdrowe poczucie winy pojawia się wtedy, gdy postąpimy w naszej ocenie źle lub popełnimy błąd i chcemy to naprawić. Od tego właśnie jest to uczucie – jako mobilizacja do naprawy szkody i postępowania w zgodzie z samym sobą. Błąd zostaje naprawiony, poczucie winy odchodzi. Toksyczna wersja poczucia winy jest wtedy, gdy błędy są niedopuszczalne, a jedyną akceptowalną wersją nas jest doskonałość i pełne dopasowanie do narzucanych z zewnątrz ról[1]. Czujemy się winni za to, jacy naprawdę jesteśmy, co czujemy, co myślimy, za to, że dbamy o siebie. Toksyczne poczucie winy pojawia się wtedy, gdy czujemy się winni, bo wydaje się nam, że krzywdzimy kogoś tym, co wydarza się w naszym umyśle, kim jesteśmy czy także dbaniem o siebie. Nie można byciem sobą skrzywdzić drugiej osoby – nigdy! Takie myślenie to uwikłanie, to labirynt zasilany szantażem emocjonalnym, z którego nie ma wyjścia. Jedynym rozwiązaniem jest zburzenie labiryntu, niegranie według jego zasad. Jak rozróżnić czy poczucie winy jest zdrowe czy toksyczne? Zdrowe poczucie winy ma swój realny koniec, ma rozwiązanie. Toksyczne poczucie winy (zresztą podobnie jak inne toksyczne uczucia) sprawia, że czujemy się w sytuacji bez wyjścia, jak w pułapce, uwikłani. A to nigdy się nie kończy.

Zburzenie mojego labiryntu toksycznego poczucia winy było tak silne i gwałtowne, że stało się moim rykiem przebudzenia. Prawie dwa lata temu, gdy mój związek oparty na toksycznym poczuciu winy miał się ku końcowi, przeszłam epizod ostrej depresji, który załamał moją psychikę tak bardzo, że nie dał jej już odwrotu – musiałam się podnieść. Antydepresanty dały mi siłę, by zrobić to, co wcześniej wydawało się niemożliwe. Zburzyłam labirynt i przestałam grać według zasad toksycznego poczucia winy. To załamanie było tak silne, że poprzestawiało zębatki w mechanizmie sterującym moim myśleniem. Od tego momentu nikomu nie uda się wywołać we mnie poczucia winy. Nie ma takiej opcji, bo ja nie mam na to zgody. Jako że wybieramy naszych partnerów życiowych tak, aby w związkach powielać role, jakie wynieśliśmy z domu rodzinnego, nic dziwnego, że wybrałam kogoś z kim uwikłam się w te same relacje oparte na toksycznym poczuciu winy, który wyniosłam z relacji z rodzicami. Okazało się, że zębatki poprzestawiały mi się na tyle trwale, że przestałam mieć zgodę na odczuwanie toksycznych uczuć także w relacji z rodzicami. Zajęło mi to dużo czasu i kosztowało wiele pracy i przykrych potknięć, ale mogę powiedzieć, że odtoksyczniłam (czy raczej zdetoksyfikowałam?) relacje zarówno z moim X jak i rodzicami. Nie są one oparte na słodkim mizianiu się dziubkami i rzyganiu tęczą, są raczej informacyjne, zdawkowe, a czasami wręcz wybuchowe, ale nie ma już poczucia uwikłania w toksycznych uczuciach, pierwszy raz w życiu mogę być sobą. A to świetny początek! Chyba właśnie za ten dar wyjścia z toksycznej pułapki jestem najbardziej wdzięczna. To mój ulubiony prezent i życzę go każdemu.

  1. Poczucie własnej wartości

Moja historia nabierania poczucia własnej wartości nie przyszła za pomocą „kliku” jak dwie poprzednie. Był to długotrwały proces pracy nad zwiększaniem samoświadomości, czego bym jednak nawet nie zaczęła bez pewnych dwóch ciężkich sytuacji w jakich się znalazłam. Ale zacznijmy od wyjaśnienia pojęć.

Tak naprawdę nie mogłam mieć poczucia własnej wartości, bo nawet nie miałam pojęcia co to takiego. Poczucie własnej wartości kojarzyło mi się z kimś bardzo pewnym siebie, przebojowym, kłótliwym, idącym jak czołg przez życie. Identyfikowałam poczucie własnej wartości raczej z zewnętrzną pewnością siebie, którą albo człowiek ma albo zdobywa na szkoleniach coachingowych, przyswajając górnolotne przekonania i powtarzając pozytywne afirmacje. Absolutnie nic bardziej błędnego! Poczucie własnej wartości rodzi się z zaspokojenia dwóch pierwotnych potrzeb: poczucia bycia wyjątkowym i bycia kochanym bezwarunkowo. Jeśli jesteście z tego pokolenia co ja, najprawdopodobniej Wy też zostaliście tego pozbawieni. Po pierwsze akceptacja i miłość rodziców dostawaliśmy tylko wtedy, gdy byliśmy „grzeczni” czyli dopasowywaliśmy się do przekonań naszych rodziców o tym, jacy powinniśmy być. Po drugie, rodzice przecież nie mogli pozwolić, aby ich dziecko wyrosło na zarozumialca, więc należało mu przypominać, że wyjątkowe nie jest. Każdy jest jedyny w swoim rodzaju. Nie ma dwóch takich samych ludzi, prawda? Więc z definicji każdy jest wyjątkowy! I właśnie to poczucie buduje w dziecku świadomość indywidualizmu: siebie, swoich myśli, uczuć, drogi życiowej. Na tym jest budowane poczucie własnej wartości – na uświadomieniu sobie indywidualności (wyjątkowości) samego siebie. Człowiek zmuszany do „bycia jak inni” zatraca poczucie indywidualności, zaczyna porównywać się z innymi, porównywać swoje życie do życia innych, zaczyna zazdrościć i czuć się gorszy, nabiera chorej mobilizacji do parcia do przodu, bez względu na to, czego tak naprawdę chce. Nie wie, że pojęcie ‘gorszy’ nie istnieje, bo nie da się porównać dwóch ludzi, dwóch żyć. Nie ma kontaktu z samym sobą, bo indywidualizm nie istnieje.

Moje poszukiwania poczucia własnej wartości zaczęły się właśnie wtedy, gdy zniwelowane do zera zostało moje poczucie akceptacji i lubienia przez świat zewnętrzny, a ja nie potrafiłam znaleźć już argumentów na to, że mam jakąkolwiek wartość. Po wyjściu z toksycznego związku wpadłam w taki ambiwalentny stan. Z jednej strony nie potrafiłam się do nikogo zbliżyć ze strachu, że znów ktoś porwie moje życie i nie będę mogła go odzyskać, a z drugiej strony potrzebowałam bliskości, opieki, kontaktu, czułam się zwyczajnie samotna. Z powodu tego nieprzyjemnego dysonansu zaczęłam wchodzić w relacje, w których ostatecznie zostawałam potraktowana jak zabawka pozbawiona uczuć i człowieczeństwa, którą można się pobawić i rzucić w kąt jak się znudzi. Poczucie wartości spadało we mnie coraz niżej. „Nikt mnie nie chce, jestem do niczego” – powtarzał ciągle Wewnętrzny Krytyk. A potem ta nieszczęsna praca. Ostatecznym powodem, który podał mi mój były szef, gdy nie przedłużał mi umowy, było to, że nie odpowiadam mu jako osoba, nie pasuję mu (nie to, że mógł to stwierdzić na rozmowie rekrutacyjnej). Nie że coś zrobiłam źle (bo to można naprawić), wcale nie to, że jednak nie mam kompetencji (które można zdobyć), że to kwestia osobowa, nie odpowiadam mu i nie sądzi, aby to się zmieniło z czasem. Błędy mogę naprawić, wiedzę przyswoić, ale nie zmienię tego kim jestem. Zostałam odrzucona jako JA. A potem wiele miesięcy poszukiwania pracy, dziesiątki CV rozesłanych bez żadnych odpowiedzi. „Nikt mnie nie chce, do niczego się nie nadaję” – kołatało się w mojej głowie. Bo czy taka osoba, z którą nikt nie chce być i z którą nikt nie chce pracować, może czuć, że jest coś warta? Nigdy nie miałam wysokiego poczucia własnej wartości, ale w tym momencie osiągnęłam swoje indywidualne dno. Wtedy rozpoczęłam poszukiwania poczucia własnej wartości mimo WSZYSTKO. Uświadomiłam sobie swoją wyjątkowość i pokochałam siebie bezwarunkowo. I mimo, że na zewnątrz nie mam żadnych nowych „osiągnięć”, to z mojego wnętrza emanuje teraz silna niezmącona aura JA widoczna dla wszystkich. Bo to MOJE życie. I ze wszystkich MOICH żyć jest najlepsze. Poczucie własnej wartości płynące z wewnątrz odnalazłam dopiero wtedy, gdy już fizycznie nie mogłam go oprzeć na niczym i nikim z zewnątrz. Dziękuję życiu za wszystkich egocentrycznych palantów, których mi zesłało. I za mojego byłego szefa też:)

  1. Zdolność do miłości

Jak byłam nastolatką to mówiono mi, że prawdziwa miłość to nie zauroczenie, że jak po 10 latach coś zostaje z tego zauroczenia, to dopiero wtedy to jest miłość, że miłość jest ściśle powiązana z osobą, którą się kocha, z tym jaka jest, że nie można kochać kilku facetów naraz, że miłość to uczucie pomiędzy dwoma osobami, że miłość boli, że jeśli się kocha to stawia się kogoś ponad siebie, że zawsze się o nim myśli, że ciągle chcesz być przy nim, że go nie zdradzasz itp. itd. A potem przyszło życie i zweryfikowało tą caluteńką listę przekonań. Teraz wiem, że to nastoletnie pojęcie prawdziwej miłości to przywiązanie i uzależnienie. To relacja pełna oczekiwań, zależności, zatracenia własnej indywidualności. To niemiłość. I w tej niemiłości ludzie tkwią zachęceni obietnicą braku samotności. Niemiłość w moim toksycznym związku była wypełniona słowami łapiącymi w pułapki. „Nie odejdę, bo Cię kocham”; „Bez Ciebie moje życie nie ma sensu”; „Widzisz do czego mnie doprowadzasz?”; „Zostawiasz mnie samego/samą dziś w domu? Masz mnie tak bardzo gdzieś?”; „Przecież jesteśmy razem, więc musisz pomagać mi w moich problemach! Co z ciebie za osoba!”. To tylko niektóre. I teraz wiem, że nigdy więcej toksyczna miłość mnie nie złapie. Mój toksyczny związek wył mi prosto w twarz tak długo czym miłość nie jest, że dał mi skuteczną lekcję kochania numer 1.

Miłość daje wolność. Zawsze! Miłość jest bezwarunkowa. Zawsze! (To relacje są warunkowe. I bardzo dobrze!) Miłość zależy od osoby, która kocha, od jej zdolności do kochania. Zawsze! Nie zależy natomiast od tego, jaki jest obiekt miłości. Miłość nie stawia warunków i nie kontroluje ich wypełniania. Nigdy! Uświadomiłam sobie wtedy, że kiedyś czułam coś takiego. Tylko raz. Miałam przebłysk tej bezwarunkowej miłości, mimo, że jej nie rozumiałam, a już na pewno nie potrafiłam jej świadomie odczuwać. A jednak mi się zdarzyła. Postanowiłam wtedy odnowić znajomość z obiektem mojej miłości bezwarunkowej, z którą czułam się kiedyś tak blisko jak nigdy wczesnej i nigdy później, z nikim. Mieliśmy kilka podejść ustalania naszych relacji, które kończyły się jak zawsze, czyli moim usilnym dostosowywaniem się (bo przecież mi na nim taaak zależy, taaak go kocham… etc.) i jego cyklicznym wahadłem przyciągania i odpychania (mimo że też twierdził, że kocha). Moja miłość do niego nadal we mnie jest. Okazało się jednak, że tym razem mam coś jeszcze, co pierwszy ram zmieniło schemat. Mam poczucie własnej wartości i miłość własną, która jest ważniejsza i silniejsza niż miłość do niego. Kocham go, całego, takim jaki jest, ale rezygnuję z relacji z nim, gdyż za każdym razem dochodzi między nami do niemiłości. Nieważne co zrobię, co zmienię, jak się otworzę i co zaakceptuję. Kocham go, ale nie potrafię się z nim dogadać. Relacja z nim zawsze prowadzi do mojego cierpienia, więc z niej rezygnuję. Miłość nie boli, to niemiłość boli. Rezygnuję z relacji, gdyż ona mnie pogrąża, nie rezygnuję z miłości, gdyż ona jest stanem ducha. Ona wypływa ze mnie, jest częścią mnie. To wyraźne rozgraniczenie uczucia i relacji to lekcja kochania numer 2. Osiągnęłam dzięki niej pogodzenie  i spokój, pozwoliło mi to puścić coś, co targało moim sercem od kilkunastu lat. Mimo, że niezaspokojona w postaci bliskiej relacji, moja miłość jest prawdziwa, taka jaka jest. Jest dla mnie inspiracją jak kochać samą siebie i swoją córkę. Wracam do niej, gdy się gubię. Jest moją trwałą ostoją. To, co czuję. Nie on. Jestem mu jednak wdzięczna za naukę prawdziwej miłości 🙂

  1. Siła

Siła to efekt uboczny tego wszystkiego, co przeżyłam. Taki worek Mikołaja wszystkich prezentów, które dostałam od życia. To taki moment kiedy ciężkie przeżycia rzucają Ci się na głowę cyklicznie z niemal szwajcarską precyzją co roku, moment kiedy pozostaje Ci już tylko wybór ostateczny: albo się załamać albo objąć ramionami to, co przychodzi i podejść do tego jak do wyzwania. Jest to bardziej podświadomy niż świadomy wybór. Dokonał się sam, sama nie wiem kiedy. Praktycznie przestałam rozróżniać radzenie sobie z ciężkimi przeżyciami od zaprzątnięcia przez fascynujący projekt. Obie sytuacje wywołują we mnie stan podekscytowania, podwyższenia energii i motywacji. Na obie się cieszę i jestem wdzięczna. Ja tego nie interpretuję jako siły, ale zauważyłam, że ludzie wokół mnie tak.

Więc jak następnym razem spojrzysz na siebie i pomyślisz „Czemu Bozia nie dała mi takiej siły charakteru co jemu? Jak ja bym chciała być bardziej pewna siebie i mieć tyle charyzmy co on.” Zastanów się czy może Bozia dała Ci to wszystko w prezencie, nie raz i nie dwa, ale Ty ich nie dostrzegłeś? Aby móc przekuć ciężkie przeżycie w coś wzniosłego, trzeba postrzegać świat trochę jak Michał Anioł, który dostrzegł Dawida w monumentalnym ciężkim i ponurym kamieniu. Nawet dziecko wie, że te najlepsze prezenty są zawsze duże i ciężkie.

 

[1] Pojęcia zdrowego i toksycznego poczucia winy na podstawie J. Bradshaw „Toksyczny wsyd”. Ogólnie polecam lekturę tylko fanatykom tematu toksycznych emocji, treści bardzo dołujące.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.