Analiza procesowa bulls*itu


Udostępnij na:

Powody, argumenty, pozory, prawda i cały ten bulls*it. Dzisiaj słów kilka o naszych przekonaniach, strategiach, dokonywaniu wyborów oraz ich tych oficjalnych i tych prawdziwych powodach. Trochę (znowu) o mózgu i mechanizmach ludzkiego umysłu w klimacie przedświątecznej nerwówki.

Na początku skupmy się chwilkę na półkulach mózgu. Oczywiście wiemy, że nasz mózg składa się z dwóch półkul lewej i prawej. Lewa półkula to ta, która myśli logicznie, analizuje, uczy się w szkole. Natomiast prawa to ta, która jest twórcza, maluje, zachwyca się pięknem, przeklina, to wreszcie ta, którą targają emocje. W ogromnym uproszczeniu możemy powiedzieć, że lewa półkula myśli, a prawa czuje, że ludzie kierujący się w życiu rozumem, słuchają argumentów lewej półkuli, a kierujący się uczuciami – podszeptów prawej. W skrócie: półkula lewa to rozum, a półkula prawa – serce. Ciekawostka: ludzie lewo- i oburęczni, mają mniej asymetryczny rozkład mózgu, dzięki czemu ich mózg sprawniej funkcjonuje, ale Ci szczęśliwcy to zaledwie 10% społeczeństwa. 🙂

Może to być tylko moja subiektywna opinia, ale społecznie podyktowana preferencja dokonywania wyborów czy podejmowania decyzji (szczególnie tych ważnych) to logiczne rozważenie wszystkich ‘za i przeciw’. Decyzji nie powinno się podejmować w oparciu o emocje (prawa półkula), bo emocje są złym doradcą. Powinno się sprawę dokładnie przemyśleć (lewa półkula), przeanalizować, wszystkie ‘za i przeciw’, oszacować ryzyko, przewidzieć zagrożenia. I tylko wtedy można podjąć słuszną decyzję. No jest tak czy nie? Ja całe życie byłam z tych (chyba jak większość), którzy identyfikują się ze swoimi myślami. Wszystko rozważałam, a występujące u mnie uczucia uważałam za logiczny wynik obiektywnych zdarzeń czy przemyśleń. I tak to rzeczywiście mogło z boku wyglądać. Jak zajrzałam głębiej, pod spód „oficjalnej wersji”, którą się przedstawia na forum, okazało się, że to tylko czubek góry lodowej.

Gdzie pozory, a gdzie prawda

Do głębszej analizy skłoniła mnie obserwacja różnic w ciągach myślowych moich i innych ludzi, w analogicznych powtarzających się sytuacjach. Poniżej cztery przykładowe rodzaje sytuacji, które natchnęły mnie do rozmyślań, wraz z ich analizą.

Sytuacja 1 – Reakcja na irytujące powtarzające się zachowanie

Niewyczerpanym źródełkiem sytuacji tego typu są oczywiście relacje z dziećmi. Moja córka ma ten niesamowicie irytujący (rozwojowo istotny) zwyczaj niszczenia wszystkiego (poznawania od podszewki), walenia głośno i mocno we wszystko (poznawania granic przedmiotów), głośnego krzyczenia (domagania się uwagi i zaznaczania siebie) oraz upierdliwego robienia głupich rzeczy z ciałami innych ludzi tj. wskakiwania na nich, mocnego ściskania, robienia „pierdzioszków”, lizania, gryzienia, czochrania itp. itd. (poznawania granic innych ludzi, wyrażania potrzeby bliskiego kontaktu i potrzeby  zabawy). Na dokładnie te same sytuacje, powtarzające się codziennie, a nawet kilka razy dziennie miewam dwie różne reakcje: wyrozumiałości, ciepła i cierpliwości albo zimnego ustawienia wyraźnych granic/mówienia dość (pamiętacie czerwony i zielony mózg? Wpis 6 – Opowieść o dwóch mózgach).

  1. Ciąg myślowy „STAWIANIE GRANIC”

Ileż można!? Inne dzieci AŻ takie nie są. No bo ile razy można jej powtarzać jedną rzecz? Mówię jej, że nie wolno wieszać się na drzwiach, bo je oberwie, że rzeczy są delikatne i drogie, a ona co? Po 3 minutach znowu wiesza się na drzwiach! Przecież po 3 minutach nie zapomniała. Na pewno robi to z wredoty lub ma coś nie tak z mózgiem. Może ma ADHD? Muszę być bardziej stanowcza i konsekwentnie twardo pokazać jej granice, muszę ją nauczyć granic. Jak tego nadal nie rozumie, to widocznie jestem za mało stanowcza. Muszę być bardziej stanowcza, żeby ją dobrze wychować. O bogowie, tego jazgotu normalny mózg nie wytrzyma! Jak ja nie lubię być ciągle szczypana i lizana! Ile razy ja jej mogę to powtarzać?!

  1. Ciąg myślowy „POSTAWA WYROZUMIAŁA”

Jej zachowanie jest w granicach normy dla tego wieku. Dziecko to MUSI robić, aby się prawidłowo rozwinąć. Ona musi poznać granice wytrzymałości każdej z rzeczy. To co, że ciągle niszczy jedną rzecz kilka razy w ten sam sposób? Przecież powtarzanie jest najlepszą formą nauki! Ona po prostu potrzebuje uwagi i bliskości, kontakt cielesny uzdrawia emocje. Przecież jej prawidłowy rozwój psycho-emocjonalny jest ważniejszy niż moja nieskazitelna fryzura, czyste białe ściany czy „nieoberwane” drzwi.

Jak czytacie każdy z tych ciągów myślowych, zawierają one logiczne argumenty i powody (hmmm a może raczej przekonania?). Są zupełnie przeciwne, aczkolwiek jednocześnie oba są logiczne. Więc jak? Która reakcja jest słuszna? Które zachowanie i myślenie jest prawidłowe? Ci, co czytali wpis w zeszłym tygodniu wiedzą, że każda z tych reakcji tak naprawdę jest podyktowana stanem umysłu w danej chwili, nie zaś ustaloną prawidłową reakcją czy świadomymi przekonaniami na dane zachowanie mojej córki. Czyli tak naprawdę to, jak zareagowałam i jaki zbiór argumentów (działalność lewej półkuli) mi przyszedł do głowy, było podyktowane pewną określoną grupą uczuć (działalność prawej półkuli), której poddałam się w danej chwili. A co za tym idzie „przemyślane” podejście wychowawcze jest podyktowane przez mój stan umysłu. Nie jest więc tak naprawdę zbiorem ustalonych czynności wychowawczych. Tak mi się w tym miejscu przypomina powiedzenie „Szczęśliwa mama, szczęśliwe dziecko” i zasadność dbania najpierw o siebie, a potem dopiero o dziecko. 🙂

Podsumowując, w obu przypadkach miałam przemyślany i logicznie uargumentowany schemat zachowań – czyli OBA ciągi myślowe pochodzą z lewej półkuli. I oba są POZORNYM powodem dokonania przeze mnie wyboru. PRAWDA jest taka, że dokonałam wyboru postępowania wychowawczego najpierw pod wpływem stanu umysłu czyli zbioru emocji (prawa półkula), i do tej decyzji moja lewa półkula dobrała logiczne argumenty (z nieograniczonego zbioru logicznych argumentów na dosłownie każdą okazję i każde widzimisie) na poparcie mojej decyzji.

Tak więc kulturowo preferowany model dokonywania wyborów:

zastosowany w praktyce, wygląda tak naprawdę następująco:

Sytuacja 2 – Tłumaczenie się

Tu sytuacja jest banalna i każdy jej doświadczył. Zapraszasz znajomych do siebie na imprezę. Po ich minie widzisz, że coś im nie pasuje? Ty już tą minę dobrze znasz, już wiesz, że zaraz znajdą milion powodów, żeby nie przyjść. A tym czasem, po drugiej stronie w scenerii rodem z „W głowie się nie mieści”:

Prawa półkula: „Ehhhh nie chce mi się iść. Nie chce mi się wychodzić na zimno. Nie chce mi się wracać po nocy. Nie chce mi się jutro walczyć z kacem. Ogólnie mi się nie chce. Ewentualnie jakbym nie musiała się ruszać z domu… Ej! Lewa! Weź coś wymyśl, tylko tak, żeby nikt się nie zorientował, że to mi się nie chce. Ty taka mądra jesteś, Lewa.”

Lewa półkula: „Słuchaj, to nawet nie o to chodzi, że Ci się nie chce. Bo zobacz: Jasiu był ostatnio chory i jeszcze nie możemy go oddać do dziadków. Za wcześnie. No i Zbyszek ma trudną prezentację przed szefem w poniedziałek. Musi się przygotować, a skacowany nie będzie w stanie. A tak naprawdę to czuję, że będziemy miały migrenę. Znasz te nasze migreny! Nawet jakbyśmy bardzo chciały, to i tak nie da rady.

I zanim się zorientujesz słyszysz listę argumentów na ‘nie’. Zbijasz jeden, a w jego miejsce pojawiają się dwa następne. Czasami, po tym zbijaniu serii argumentów, jak już dajesz za wygraną, bo widzisz, że to jest jak syzyfowe prace, słyszysz jeszcze: „Ale naprawdę powinniśmy się spotkać! To nie o to chodzi, że ja nie chcę. Może to Wy wpadniecie do nas? Wpadnijcie! Ugotuję pyszną kolację, napijemy się winka.”

I jak tu mieć relację z autentycznym JA człowieka, jak prawa półkula chowa się ciągle za lewopółkulowym cwanym Strażnikiem? I gdzie jest tak naprawdę to JA? Czy to mojemu autentycznemu JA się nie chce? No i czemu „Nie chce mi się” to taka nieprzystojna prawda o nas samych, którą trzeba koniecznie ukryć? Czy mi się zawsze musi wszystko chcieć? Urażę tym kogoś, że mi się nie chce? Przecież moje „nie chce” nie ma nic wspólnego z drugą osobą, tylko ze mną. Mało tego! Czy naprawdę, prawda, nawet najgorsza (prawda o nas samych!) może kogoś zranić? A jak nazwiecie tak jawne i perfidne oszukiwanie kogoś poprzez świadome stosowanie tego mechanizmu logicznych wykrętów? Prawda nie boli. Prawda daje wolność. To kłamstwo i oszukiwanie naprawdę boli, i to czasem przez całe życie.

Ja zidentyfikowałam ten rodzaj mechanizmu u siebie po tym jak przestałam pracować. Miałam co najmniej 8 godzin dziennie więcej niż inni ludzie na robienie czegokolwiek. Miałam ok. 10 godzin dziennie więcej niż miałam do tej pory pracując (dojeżdżałam do innego miasta). I mimo wszystko, gdy ktoś chciał coś ode mnie, co było bardzo skomplikowane i w moim uczuciu bezsensowne, moją odruchową myślą było: „Nie mam czasu”………….. Poważnie, nie mam czasu?!?!?! Teraz? To kiedy go będę miała?! Często łapałam się na tej myśli, jednak, jak na rozwojowego fricka przystało, dzięki uświadomieniu sobie mechanicznej (nawykowej) natury tych myśli, mogłam dojść do prawdziwej przyczyny mojego braku zgody. Generalnie wydaje mi się, że coś takiego jak argument „nie mam czasu” rzadko kiedy jest prawdziwy. Bo czas mamy, tylko nie starczy nam go na wszystko, więc poświęcamy go tylko na to, co jest dla nas najważniejsze. I tak schodzimy do pewnego poziomu ważności zajęć czy relacji międzyludzkich, a co znajdzie się pod kreską limitu 24h/dobę, przestaje być częścią naszego życia. W tym przypadku argument „nie mam czasu” jest pozorem, prawdą jest natomiast „wolę poświęcić czas na inne ważniejsze dla mnie rzeczy”. I to jest wybór naszego JA.

Podobnie jest zresztą z argumentem „nie mam pieniędzy”. Ile razy powiedzieliście dziecku marudzącemu „znowu” i „o kolejnego” cukierka, że „nie macie pieniędzy” (na bzdury). Nie macie pieniędzy? Ten cukierek jest aż tak drogi? Czy wolicie poświęcić je na inne ważniejsze rzeczy?

Wszyscy wiemy, że tego rodzaju argumenty to, kolokwialnie mówiąc, ściema. Widzimy to w innych ludziach bezbłędnie. Za to my oczywiście naprawdę nie mamy czasu, ani nie mamy pieniędzy. I kogo tym oszukamy? Bo na pewno nie innych. Oni wiedzą. Mimo to wszyscy traktują te ściemy jak „nowe szaty króla”, każdy widzi, bo nie da się nie zauważyć, każdy jednak udaje, że tego nie widzi i doskonale wie, że inni też udają. Taka sytuacja. Jeeeeeeeze!

Sytuacja 3 – Nawykowe mechanizmy obronne

Znacie takich ludzi, z którymi interakcje zawsze kończą się tak samo, tylko powody się zmieniają? Nieważne jakiego dostosowania dokonacie, jakiej zmiany w danej sytuacji, czy nawet dacie tej osobie wszystko czego chciała… i tak wszystko kończy się tak samo. Miałam swojego czasu bliskiego kolegę, wieloletnia znajomość, taka niezdefiniowana, kiedyś się zaprzyjaźniliśmy, byliśmy tak blisko, że myślałam, że nie da się bardziej, kochałam go tak bardzo, że myślałam, że nie da się bardziej, bez przywiązania, bez chęci zawładnięcia, ani kontroli. Przez kilkanaście lat mieliśmy relację typu ‘on-and-off’ (dla niewtajemniczonych: przeplatanka kilkumiesięcznej intensywnej znajomości i kilkuletniej totalnej separacji). Pod koniec każdej fazy ‘ON’ byłam traktowana serią mechanizmów obronnych i w niewyjaśnionych okolicznościach następowało urwanie kontaktu. Następnie po kilku latach znowu się odzywał z tajemniczo-brzmiącym powodem ostatniego zerwania rodem z telenoweli, który tak naprawdę niczego nie wyjaśniał. I zabawa zaczynała się od początku. Za każdym razem oficjalne tłumaczenie dla urwania kontaktu było inne. Najpierw było to: „bo byłem gówniarzem”, potem „bo ja i moja rodzina przeżywaliśmy tragiczne chwile”, a potem „bo się nie zrozumieliśmy”. Za każdym razem starałam się coś zmienić w naszej relacji, dostosować się do niego. Pomimo to, zawsze kończyło się tak samo. Za każdym razem zadawałam sobie pytanie: „Czym sobie zasłużyłam na takie traktowanie? Co robię nie tak?”. Za każdym razem moje poczucie własnej wartości spadało do zera. Każda próba konfrontacji i wyjaśnienia kończyła się wielką obrazą i afrontem (nawykowe mechanizmy obronne). I tak w kółko. Ja wiem, że jest prawdziwy powód tego zachowania. Ja wiem, że ta PRAWDA leży w nim. Ja wiem, że to nigdy nie zależało ode mnie. Ja wiem, że każdy z tajemniczych „tragicznych” powodów był tylko POZORNIE związany z naszą sytuacją. Były to autentyczne fakty z jego życia – tylko nie były prawdziwym powodem jego zachowania w naszej sytuacji. Zostały za to wykorzystane jako duży kaliber w tej walce pozorów. Byle tylko się nie odsłonić. Ja wiem, że jest to mechanizm obronny. I myślę, że to nawet nie przed odsłonięciem się na drugiego człowieka. Tylko mechanizm, aby nie musieć się odsłaniać przed samym sobą, nie musieć odpowiadać sobie na trudne pytania, bo boimy się prawdziwych odpowiedzi. To nawet nie kłamstwo, to bulls*it. Ja wiem, że nigdy nie poznam prawdziwego powodu. Na szczęście już mi na tym nie zależy.

Sytuacja 4 – „Ja mam rację!”

Ten rodzaj sytuacji jest moim ulubionym. Nagminny w moim domu rodzinnym. Sytuacja dotyczy dyskusji z osobami, które mają teorię, którą w danej chwili jest im wygodnie popierać i nie spoczną dopóki ich nie będzie na wierzchu. Z pozoru nie ma w tym niż zdrożnego. Przecież to dobrze jak ktoś umie walczyć o swoje, przedstawiać argumenty i kontrargumenty. Zastanawiające jest jednak to, że ta sama osoba nieco później jest znowu w analogicznej sytuacji, jednak tym razem z tą samą zaciętością broni stanowiska przeciwnego. Z tą sama finezją i nieugiętością dobiera logiczne argumenty na poparcie teorii przeciwnej. Prawda jest taka, że dla takiej osoby merytoryczne teorie, opinie czy przekonania są POZOREM, a PRAWDZIWĄ motywacją jest „Ja mam rację!”. Ni mniej ni więcej. Człowiek owładnięty potrzebą „Ja mam rację!”, jest mistrzem w dobieraniu argumentów w spójną logiczną i przekonującą całość, a jak już nic nie daje szansy na „wygraną”, to idealnie wytacza argumenty skierowane przeciwko przeciwnikowi (bo to przecież wojna!!!). Człowiek owładnięty potrzebą „Ja mam rację!” nie jest w stanie nawiązać relacji, izoluje się jednocześnie od samego siebie, swoich prawdziwych opinii i przekonań. Każda interakcja to walka oparta na pozorach. Ani nie nawiążemy relacji z drugim człowiekiem, ani nie dojdziemy prawdy merytorycznej. Więc ja się pytam: po co?!

Marzenia ściętej głowy

Jakbym mogła poprosić Mikołaja o jedną rzecz pod choinkę to byłby to świat, gdzie mogłabym się spotkać z autentycznym człowiekiem, a nie jego logicznym ciągiem myślowym, nie z jego mechanizmami obronnymi. Marzy mi się świat, w którym ludzie są świadomi, że nie są ani swoimi myślami, ani swoimi uczuciami. Bo myśli to projekcje umysłu, a uczucia to wskaźnik tego, co jest w naszym autentycznym JA. Marzy mi się świat, w którym ludzie uzewnętrzniają swoje wybory dopiero po dokonaniu ich ten sposób:

Świat, w którym człowiek jest w kontakcie z własnym JA, rozpoznaje swoje uczucia (sygnały) z prawej półkuli, umie je obserwować i tłumaczyć na swoje autentyczne potrzeby, podąża za nimi w sposób jaki podyktuje mu lewopółkulowa studnia naszych doświadczeń.

Najśmieszniejsze jest to, że w rzeczywistości kryjąc się za Strażnikiem argumentów, nie robimy niczego negatywnego, przecież nie okłamujemy innych. Bo my sami wierzymy w to, co mówimy. Okłamujemy samych siebie, a innych traktujemy mechanizmem obronnym typu bulls*it. Dlaczego? Bo ludzie, którzy postępują zgodnie z uczuciami są głupi? Bo dokonują codziennych wyborów niezgodnie z kulturowo narzuconym algorytmem dokonywania wyborów? Bo nie wolno mieć uczuć takich jak złość, zazdrość i strach? A co dopiero się nimi kierować! Normalnie wstyd! A fuj! A może to nie jest uwarunkowane kulturowo? Może to jednak nasz prawdziwy naturalny Strażnik, wychodzący z nas, broni naszych łagodnych uczuć, naszego zranionego Wewnętrznego Dziecka. Bez względu na to, jaki ten powód naprawdę jest, tak mi się marzy świat, w którym ludzie są świadomi, głoszą PRAWDĘ o sobie i nie kryją się za POZORAMI, gdzie prawdziwe bycie z kimś na jednej płaszczyźnie jest możliwe, gdzie widzimy swoich Strażników, wysyłamy ich całą brygadą na piwo, a sami kierujemy się w stronę autentycznych szczerych relacji. Aaahhhh … A do tego czasu pozostają mi interakcje z mechanizmami obronnymi zamiast człowiekiem. I pomimo pełnej świadomości tego, że mechanizmy obronne są naturalnym zjawiskiem, zabezpieczającym stabilność psychiczną, i mimo akceptacji takiego stanu rzeczy, czasami mnie to po prostu niesamowicie wkurza! 🙂

Wyrzuciłam z siebie! Za tydzień prezentowo, a tymczasem: Szczodrych Godów wszystkim!


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.