Opowieść o dwóch mózgach


Udostępnij na:

Ludzie są różni. Od czego zależy jaki człowiek jest?. Czy jest to kwestia wrodzonego charakteru – niektórzy stali w niebie w kolejce po miły, a niektórzy po podły charakter? Czy może wychowania – niektórzy mieli ciężkie dzieciństwo i mieli pecha, no już trudno. Otóż człowiek nie jest, lecz bywa. Bo to, jak się człowiek zachowuje nie określa jego, tylko stan jego umysłu. Dzisiaj trochę o neuropsychologii 🙂

Kojarzysz ten dzień, który rozpoczyna się pochwałą od szefa, albo kiedy Twoje pierworodne zrobiło swoje pierwsze kroki, albo kiedy właśnie obroniłeś magisterkę i życie stoi przed Tobą otworem? Czujesz, że masz tzw. „flow”, cieszy Cię wesoło szczekający pies sąsiadów, jakimś zrządzeniem losu zdążyłeś na ostatni autobus, wszyscy się do Ciebie uśmiechają, i trafiłeś akurat na super-wyjątkowo-miłą panią urzędniczkę w urzędzie skarbowym.

A pamiętasz w sumie podobny dzień, tylko rozpoczął się on od kilku godzin kołysania i ojojania dziecka, które właśnie ma atak kolki, albo Twój szef wybrał kogoś innego do prowadzenia Twojego wymarzonego projektu, albo mąż potraktował Cię serią krzywdzących „o-co-się-obrażasz-tak-tylko-mówię” na temat Twojej osoby jako żony i matki (jak to tylko on potrafi!)? Postrzegasz cały świat niby za wygłuszającą szybą lub mgłą, podejrzliwie patrzysz na wszystkich ludzi (w końcu zaraz mogą strzelać w Ciebie jakimiś inwektywami!), ten skowyjec sąsiadów znowu ujada nie do wytrzymania, wredny kierowca autobusu zatrzasnął Ci drzwi tuż przed nosem, i jak zwykle spędziłeś kilka godzin w urzędzie skarbowym użerając się z urzędniczą zimną suką rodem z poprzedniej epoki.

Dzień w sumie podobny. Więc co sprawiło, że w jeden dzień płyniesz ponad ziemią przybijając haj-fajfy wszystkim napotkanym osobom, a w drugi czaisz się jak zbity pies osłaniając się od razów, których nikt w Ciebie nie ciska? Ok, możesz powiedzieć, że dni różnią się początkiem, który zdeterminował kolejne godziny. Ale przecież cała reszta wydarzeń była taka sama. Dlaczego więc przebieg całego dnia się tak diametralnie różnił?

Jedyna różnica między tymi dwoma dniami z życia to Ty. A właściwie stan Twojego mózgu.

Parafrazując znane powiedzenie: nie ma złej psychoterapii, jest tylko źle dobrana. Jedną prawdę można opisać na wiele różnych sposobów, do danego człowieka przemówi określony sposób, inne do niego nie trafią – to naturalne. Ja od wielu lat żyłam jak za mgłą, nie potrafiłam odczuwać radości, zachwytu, piękna, naturalnej motywacji, nie miałam w ogóle snów (ani jednego przez lata!). Niby nie byłam w depresji, na pewno nie w ostrym stadium, ale może w stanie chronicznym. Tak tylko troszeczkę byłam w depresji. W sumie byłam w tym stanie tak długo, że już sama zaczęłam go postrzegać jako integralne cechy mojej osobowości. Mogłam jednak „normalnie” pracować, jeździć na wakacje, urodzić dziecko, organizować imprezy tematyczne dla znajomych itp. Próbowałam mnóstwa rzeczy, aby wyrwać się z tego stanu: aktywnego życia, wypełniania sobie go „ważnymi” zadaniami, latania na coraz to nowsze warsztaty duchowe/rozwojowe/edukacyjne, z których nie wynosiłam absolutnie nic, bo nie byłam w stanie się rozwijać i przyswajać czegokolwiek, próbowałam też psychoterapii przez rok, która w moim przypadku okazała się stratą czasu etc. I nic. Przez tyle lat nic! Wiecie jak to jest przez ileś lat nie być w stanie poczuć piękna? Nie móc zachwycić się chwilą? Umieć śmiać się z inteligentnych sarkastycznych dowcipów, ale nie być w stanie odczuwać czystej radości? Nie miałam ni krztyny kreatywności, inspiracji – byłam jak zaczopowana, totalnie zatkana. I nic, czego próbowałam nie było w stanie mnie otworzyć.

Może to zabrzmi banalnie, ale to co mnie w końcu wytrąciło z tego stanu, odpowiadało idealnie temu kim jestem. Pełnym sercem i umysłem jestem naukowcem (z preferencją nauk biologicznych). Jak więc inaczej można było mnie otworzyć niż poprzez podejście czysto naukowe? Teraz wydaje mi się to tak banalne, że aż śmieszne 🙂 Chciałabym Wam dziś przedstawić zarys podejścia neuropsychologicznego według Rick’a Hanson’a[1], który identyfikuje dwa stany fizyczne w jakich może się znajdować mózg: szczęśliwym i nieszczęśliwym oraz przedstawia metodę wzmocnienia w nas stanu szczęśliwego na tyle, żebyśmy mogli wrócić do niego w każdej chwili. Dzięki jego książce udało mi się zainstalować w swoim umyśle przełącznik pomiędzy tymi dwoma stanami mózgu i nauczyłam się jego samodzielnej i kontrolowanej obsługi. A teraz postaram się „sprzedać” go Wam.

Choć, opowiem ci bajkę… o mózgu

Dawno dawno temu, gdy na świecie nie było jeszcze wielkich korporacji, efektu cieplarnianego ani bamboszy w kształcie jednorożca (dziękuję mojej kochanej córeczce za ten obrazowy przykład), ludzie mieszkali w jaskiniach (tudzież szałasach), a ich codziennym zajęciem było polowanie na dzikie zwierzęta i zbieractwo runa leśnego. Ludzie żyli sobie wtedy spokojnie, znajdując satysfakcję i szczęście w prostych czynnościach i kontakcie z naturą (ćwierkanie ptaszków, pranie ubrań w rzece itp.). Nie wszystko było jednak takie różowe. Największym zagrożeniem ludzi w tych dawnych czasach były dzikie niebezpieczne zwierzęta, które czyhały na ludzkie życie (i zapasy jedzenia). Gdy w czasie, jak członkowie małego plemienia zrelaksowani odzierali ze skóry upolowane zające i suszyli zebrane grzyby we wrześniowym słońcu, ciesząc się przy tym swoim towarzystwem, nagle z lasu wyskoczył wielki rozjuszony niedźwiedź (!!!). Naturalnie, gdyby wszyscy byli nadal w tym jamajkowym nastroju, nasz szlachetny gatunek by długo nie przetrwał. Otóż, gdy zwierz się zbliżał mózgi naszych przodków w jednym momencie przełączały się z trybu zrelaksowanego w tak zwany tryb walki/ucieczki[2]. W jednej chwili umysł nabierał czujności, ruchy robiły się gwałtowne, człowiek dostawał tzw. klapek na oczach i mógł się skupić tylko na jednej rzeczy: na zagrożeniu. Gdy zagrożenie minęło, niedźwiedź został pokonany, ludzie zabierali się do sprzątania zniszczeń, opatrywania ran, a ich mózgi w naturalny sposób wracały do trybu zrelaksowanego. Oba stany mózgu były potrzebne w odpowiednim miejscu i czasie. Tryb zrelaksowany pozwalał na rozwój, kreatywność, codzienną pozytywną motywację do życia. Za to tryb walki/ucieczki służył do przetrwania w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. TYLKO i wyłącznie do tego!

 

Przenieśmy się teraz w czasie z powrotem to epoki wielkich korporacji i efektu cieplarnianego. Żyjemy w czasach pokoju, a większość niebezpiecznej zwierzyny zamknięta jest w klatkach i przebywa w ZOO. Nie ma realnego (pewnego) bezpośredniego zagrożenia życia. Nie ma groźnego wygłodniałego niedźwiedzia. Co więc się stało z naszym trybem walki/ucieczki? Otóż, brak bezpośredniego zagrożenia w życiu trochę rozregulował nam naturalny mechanizm. Brak jednego „dużego” zagrożenia, zastąpiliśmy wieloma „małymi” zagrożeniami, włączając w to także potencjalne zagrożenia. I tak każdy przebyty stres (szef nas owrzeszczał, nerwy nam puściły przy dziecku, nie starczy mi do pierwszego) czy strach lub niepewność, które się w nas pojawiły (ten facet wygląda podejrzanie, a co jeśli wszyscy mnie wyśmieją etc.) często wtrąca nasz mózg w tryb walki/ucieczki, mimo że z biologicznego punktu widzenia (przetrwania), nie ma takiej potrzeby. Przyznacie, że takich stresów czy niepokojów jest w codziennym życiu mnóstwo i są one nie do uniknięcia. Jedni ludzie są bardziej czuli na te bodźce, inni mniej. Jednym tryb walki/ucieczki włącza się rzadziej, innym częściej. Jednak jest to i tak na tyle często, że w wielu przypadkach tryb walki/ucieczki pozostaje już włączony na stałe. I tak tryb, który został wynaleziony przez naturę do użytku tylko i wyłącznie w rzadkich sytuacjach potrzeby ochrony własnego życia, wpił się do naszego codziennego życia na stałe. Teraz okazjonalnie jest włączany tryb zrelaksowany (np. urlop).

I gdy ta prosta zależność dotarła do mojej świadomości, dostałam olśnienia! Nazwałam i wykrzyczałam z organizmu cały mój skostniały przez te wszystkie lata strach, który mnie czopował. Pozbyłam się go z siebie i poczułam przeogromną ulgę. To mnie otworzyło. Po ponad 5 latach tkwienia w sposób nieprzerwany w trybie walki/ucieczki, włączył mi się tryb zrelaksowany i pierwszy raz od tak dawna śmiałam się jak dziecko i z ogromną radością i wolą zabawy (playfullness) tarzałam się z własną córką w piasku. Pierwszy raz od ponad 5 lat poczułam błogość słońca padającego mi na twarz. Pierwszy raz od ponad 5 lat ugotowałam coś prosto z serca, finezyjnie podałam i przez krótką chwilę zachwycałam się pięknem stworzonego obrazu. Nie wiem czy jesteście w stanie sobie wyobrazić tą nieopisaną lekkość wolności, którą poczułam.

Jako że w realnym życiu nie ma bajki, która kończy się „happily ever after”, już pierwszy większy stres wrzucił mnie z powrotem w tryb walki/ucieczki. I tu zaczął się największy fun. Rozpoczęła się nauka świadomego przełączania pomiędzy trybami.

Regulacja przełącznika

Jako że przełącznik w kierunku trybu walki/ucieczki (nazwijmy go pozycją czerwoną) przeskakuje u nas nawet zbyt często i reaguje na czynniki stresowe, myślę, że można pominąć tę pozycję. Skupię się bardziej na naturalnych sposobach organizmu ustawiania przełącznika z powrotem w pozycję trybu zrelaksowanego (pozycja zielona) oraz na sposobach zoptymalizowanych ponoszących za sobą o wiele mniejsze koszty.

Najbardziej pierwotną i naturalną czynnością przywracającą nam tryb zielony jest wysiłek fizyczny. W dawnych czasach ludzie mieli go pod dostatkiem, pewnie aż nadto. Z powrotem do trybu zielonego nie było więc problemu. A jak wygląda to teraz? Siedząca praca, samochód, zakupy, telewizor, Internet. Potrzeba pewnej świadomości, aby WYBRAĆ aktywność fizyczną. W dzisiejszych czasach ludzie radzą sobie innymi niestety wysokokosztowymi sposobami, a mianowicie UZALEŻNIENIEM. I tu możemy wymieniać: narkomania, alkoholizm, seksoholizm (niewierność), hazard, zakupoholizm, pracoholizm, objadanie się, uzależnienie od social media, nawet nadmierne uzależnianie od aktywności fizycznej. Tak naprawdę wszystkie te zachowania u ludzi to sposób ich organizmu na powrót do trybu zielonego. Przebywanie w trybie czerwonym jest bardzo wyczerpujące, dlatego organizm zrobi dużo (poniesie wysokie koszty), aby wrócić do trybu zielonego. Jest to dla niego po prostu ratunkiem (tonący brzytwy się chwyta!). Jak by to powiedział mój kolega: „To ratunek od ch*jni”. Biorąc to pod uwagę, można spojrzeć bardziej świadomie na wychodzenie z uzależnienia. Narkomani często mają swój nałóg zastąpić czymś mniejkosztowym: kuracja metadonowa, Patrick Melrose (genialny serial, polecam wszystkim zainteresowanym psychologią!) z narkomana został alkoholikiem, a jako dziecko biegał, Jerzy Górski (oglądaliście „Najlepszego”?) narkotyki zastąpił nałogowym wręcz wysiłkiem fizycznym. Idąc w tę stronę, lekiem na jakiekolwiek uzależnienie, które niszczy życie człowiekowi i jego najbliższym jest sport (!) 🙂 Takie proste! 🙂

Do puli sposobów bardziej wysublimowanych zalicza się głównie te pochodzące ze Wschodu, czyli medytacja, joga, inne metody relaksacyjne. A najprostszym (i ja od tego zaczęłam) jest po prostu świadome oddychanie. Jako że jest to mój ulubiony sposób, w tym miejscu napiszę może o nim kilka słów i tipów praktycznych.

Świadome oddychanie

Gdy czujesz, że czynnik stresowy wrzucił Cię w tryb czerwony (zakładając, że tym czynnikiem nie jest pistolet wycelowany w Twoją głowę), czyli Twoje myśli zaczynają być złośliwe, mściwie, zazdrosne, zalęknione, krytyczne (etc., itp., itd.), czujesz, że tracisz kontrolę, a Twoje mięśnie zaczynają być napięte (mi się najpierw zaciska gardło i żuchwa) zacznij od razu głęboko przeponowo oddychać skupiając swoją uwagę na każdym wdechu i wydechu. Zauważaj wszystkie wrażenia towarzyszące wpływowi i wypływowi powietrza z Twojego ciała. Jeśli to pomaga, możesz nazywać w myślach te wrażenia albo powtarzać „wdech, wydech”. Jeśli myśli trybu czerwonego będą się przebijać nadal do Twojej świadomości (a z pewnością będą to robić!), zauważ je i pozwól odejść. Niektórym pomaga tu wizualizacja: myśli jako chmury przesuwające się po niebie, jako napis przesuwający się u dołu ekranu, ja wyobrażam sobie myśli jako obrazy nadrukowane na chusteczce, którą wraz z moim wydechem porywa wiatr i wynosi poza zasięg mojego wzroku. ZAWSZE jak już zauważysz myśl i pozwolisz jej odejść, wróć do skupienia się na oddechu. Rób to do czasu aż napięcie w ciele ustąpi i nie będziesz już pamiętać o czym myślałeś przed oddychaniem. Wymaga to trochę praktyki, ale jest to najprostszy i skuteczny ratunek od ch*jni. Choćbyś nie miał nic i stracił kontrolę nad wszystkim – zawsze masz swój oddech. Zawsze!

Chłoń dobro

Rick Hanson (znany neuropsycholog) w swojej książce „Szczęśliwy Mózg” przedstawia sposób na przełączanie swojego umysłu z powrotem w stan zielony i pozostanie w nim na stałe. Cyniczna i krytyczna część mojej osobowości od razu spieszy, aby Was uprzedzić, że to żaden sposób, który wymagał opracowania przez wielki światowy autorytet, potrzebował tylko zauważenia i skojarzenia zależności. Za to inna uduchowiona część mojej osobowości jest zachwycona genialną prostotą tego rozwiązania. Otóż Pan Hanson „wynalazł” coś, no nazwał ‘chłonięciem dobra’. Konkretnie chodzi o świadome zintensyfikowanie pozytywnych odczuć i zapisanie ich w sobie jako zasób na przyszłość. Może lepiej zobrazuję to na swoim przykładzie. Usypiam wieczorem córkę, ona wtula się słodko we mnie, daje buziaka w policzek i mówi : „kocham Cię najbardziej na świecie”. Do mojej prawej półkuli napływa to niesamowicie piękne uczucie wzruszenia, czuję się kochana, ważna i przepełnia mnie miłość. A tymczasem lewa półkula zauważa: ooooo, można to wykorzystać do chłonięcia dobra 🙂 To dajemy! Skupiam się na tym pięknym uczuciu kochania i bycia kochaną (dostrzeżenie dobra), rozbudowuję go, odczuwam wilgoć na policzku po pocałunku, czuję ciepło jej wtulonego ciałka, patrzę na tę niewinną zasypiającą twarzyczkę (intensyfikacja dobra), a następnie wchłaniam ten ogrom intensywnych doznań całą sobą, czuję go w każdej komórce ciała, ewentualnie wizualizuję jak to uczucie opada na moje serce niczym balsam (absorpcja dobra). Jest to pierwszy etap, który nazywam archiwizacją zasobu. Teraz przyjrzyjmy się wykorzystaniu tego zasobu. Do niedawna spotykałam się z byłym-już-kolegą, który miał w naszej damsko-męskiej relacji strategię przyciągania-odpychania w zależności jak mu było wygodnie, tak jakby sam nie wiedział czego chce (znacie to dziewczyny, nie?). I jak zwykle przy epizodzie ‘odpychania’, poczułam się jak wyrznięta szmata rzucona w kąt (to taka moja barwna alegoria „poczułam się niekochana i nieważna”). Wywołuje to oczywiście falę samoużalania się i samokrytyki – cechy charakterystyczne dla trybu czerwonego. I wtedy wizualizuję sobie w pamięci łóżko mojej córeczki, czuję ciepło jej ciała przy swoim, jej słowa „Kocham Cię” i to intensywne wzruszające uczucie. A potrafię je tak żywo przywołać właśnie dlatego, że na etapie archiwizacji je skutecznie zintensyfikowałam i poczułam całą sobą. Pozostaje w tym uczuciu kilka chwil. Jeśli po tej wizualizacji zamiast użalać się  nad sobą, są Ci bliższe myśli: „Co za dupek! Po co mi w ogóle poczucie bycia nikim, gdy mogę czuć się tak kochana i ważna jak przed chwilą?!”, znaczy, że zadziałało 🙂 Czy to nie jest genialne w swej prostocie?! 🙂 Można w sobie zgromadzić zasoby wszystkich pozytywnych uczuć, które są zawsze pod ręką i w momentach przeciwstawnych uczuć negatywnych, można je wykorzystać do ich zastąpienia.

Dobre, prawda? Mało tego! To naprawdę działa! Bezbłędnie! Neuropsychologia daje nam jeszcze coś fajniejszego. Jest to metoda dostępna dla absolutnie wszystkich bez wyjątku, nieważne w jakiej sytuacji życiowej się dana osoba znajduje. Bo gdzie ma czerpać miłość osoba bezdzietna, bez partnera, z trudną sytuacją rodzinną, bez psa i bliskich przyjaciół? Otóż są jeszcze dwa źródła tak samo dobre jak bodźce z życia. Otóż zasób dobrego uczucia można także zbudować sobie na bazie intensywnych wspomnień, a jeśli tego też nie ma (dla mądrali lubujących się w ekstremistycznych sytuacjach), zawsze można to sobie wizualizować – wymyślić. I teraz następuje moje ulubione: dla naszego mózgu pod względem biologicznym nie ma absolutnie żadnej różnicy czy doznanie wywołujące większą aktywność w danym rejonie mózgu było spowodowane realnym zdarzeniem czy tylko zmyśleniem!!! Osoba biorąca ślub może się wprawić w dokładnie taki sam stan, jak osoba, która tylko sobie takie zdarzenie wyobraża. Wszystko jest kwestią intensywności odczuwania. Idąc dalej tym tropem można powiedzieć, że bogacz mieszkający w wilii ze służbą, mający piękną żonę, inteligentne dzieci i wakacje 3 razy do roku na Malediwach, może (pod względem biologicznym) być tak samo szczęśliwy jak bezdomny, który tylko sobie wyobraża, że ma takie życie. Oczywiście łatwiej jest czerpać z realnych zdarzeń, bo jest to dla nas intensywniejsze przeżycie niż samo wyobrażenie. Ale jest taka opcja w wypadku braku innych.

Praktyka samoświadomości

Jeśli zastanawiasz się w jakim trybie zielonym czy czerwonym na co dzień jesteś i nie chce Ci się zaglądać do książki Hansona, zebrałam poniżej charakterystyczne odczucia dla każdego trybu:

Tryb czerwony – poczucie zagrożenia, niezadowolenie/narzekanie, bez poczucia więzi z innymi, „świat jest niebezpieczny”, postawa wykluczająca, brak pewności siebie, awersja, zazdrość, odseparowanie/zamknięcie, wyraża opór, uporczywe przywieranie (do ludzi, przyzwyczajeń), stagnacja, autodestrukcja, niestabilność psychiczna, strach/zalęknienie, frustracja, smutek/tęsknota, nieufność;

Tryb zielony – poczucie bezpieczeństwa, zadowolenie, więź z innymi, „świat nas chroni”, zaspokojenie, poczucie łączności ze światem, postawa włączająca, pewność siebie, spełnienie, otwartość, wyrażanie siebie, wyrażanie troski, rozwój, autoregulacja, stabilność psychiczna, spokój, miłość, zaufanie;

Jeśli tylko zauważysz u siebie, intensywne uczucie lub myśl z puli czerwonej, możesz zastosować jeden z powyższych sposobów i zaobserwować czy Twoje uczucia i myśli zmieniają się na te, z puli zielonej. Powodzenia!

Dodatkowa korzyść

Jak pójść nieco dalej z analizą, powyższe odkrycie tych dwóch kompleksowych stanów grupujących dwa zestawy odczuć, które występują jednocześnie, może pomóc w odnoszeniu się z większą empatią i zrozumieniem do tzw. negatywnych ludzi.

Pamiętaj, że gderliwy starzec, niezadowolony z niczego, narzekający na rząd, politykę, prawo, kraj, Panią w monopolowym, wszędzie szukający teorii spiskowych, nielubiący nikogo, to tak naprawdę miły ciepły dziadek z rozregulowanym przełącznikiem czerwony/zielony.

Pracujesz w obsłudze klientów lub zarządzasz zespołem? Musisz codziennie użerać się z pretensjami, opryskliwością, wredotą innych ludzi? Pamiętaj, że oni utkwili w trybie czerwonym i są w nim już tak długo, że nie są w stanie się z niego wyrwać. Ludzie nie są pretensjonalni, ani nieufni, ani mściwi, ani opryskliwi – oni są tylko w takim stanie.

Pamiętaj, że oni są cały czas w trybie zużywającym ich całą energię życiową, nie mając nawet chwili by ją zregenerować – bycie w tym stanie męczy ich o wiele bardziej niż Ciebie ich słuchanie!

Jak sobie to uświadomisz, łatwiej będzie Ci zdystansować się do tego, co inni robią, a nawet jak Cię traktują. Bo to nie jest kwestią Ciebie i nic z tym nie możesz zrobić. Oni są uwięzieni w trybie czerwonym – jak już, to należy im współczuć!

I tym pozytywnym akcentem kończę i życzę miłego zielonego tygodnia!

[1] Opracowanie na podstawie książki „Szczęśliwy Mózg” R. Hanson.

[2] Dla klarownego kojarzenia użyłam nazwy „tryb zrelaksowany” dla „trybu responsywnego” wg R. Hanson’a oraz „tryb walki/ucieczki” dla „trybu reaktywnego”.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.