Odbić się od dna – czyli o sensie tragedii w życiu


Udostępnij na:

Od dawna fascynował mnie techniczny wydźwięk powiedzenia „odbić się od dna”. Chodzi mi, oczywiście o metaforyczne znaczenie tego zdania czyli poradzić sobie z bardzo ciężką życiową sytuacją i wyjść na prostą. Zastanawiało mnie zawsze czy jeśli spada się w dół to można zmienić swój kierunek o 180⁰ wcześniej niż doleci się do dna. Tzn. czy to jest fizycznie możliwe?

W końcu żyjemy w środowisku, gdzie obowiązuje przyciąganie ziemskie, my-ludzie nie zostaliśmy obdarzeni umiejętnością latania, więc nie odepchniemy się od powietrza i nie polecimy w górę. Potrzebne nam solidne twarde dno, aby się od niego odbić. Dochodziło to do mnie, kiedy wiedziałam, że chce coś zmienić, obrać inny kierunek, wiedziałam, że nie jest dobrze. Nie wiedziałam jednak jak, nie wiedziałam, w którą stronę chcę iść, jak zrobić, aby było dobrze i nie potrafiłam wykrzesać z siebie motywacji do działania. Codziennie łagodziłam więc ból nieadekwatności życia i przemykałam się z jednego dnia w drugi. Potem życie zaczęło mnie szturchać na różne sposoby, co ram mocniej i mocniej. Jedna lekka depresja, zaleczenie objawów i dalej w świat. Jedna tragedia, zaleczenie skutków i dalej w świat. Kilka kolejnych ciężkich przeżyć, które normalnemu człowiekowi dałyby kopa w tzw. cztery litery, a ja nadal nic. Aż w końcu musiałam ulec załamaniu nerwowemu, czyli osiągnąć tak niewyobrażalnie solidne dno, aby być w stanie się od niego skutecznie odbić i dokonać prawdziwej zmiany w swoim umyśle i życiu. Pytanie: czy ja fizycznie byłam w stanie rozpoznać wcześniejsze znaki dawane mi od życia, jeśli nie były one moim osobistym „dnem”? Im bardziej się sobie przyglądam, to dochodzę do wniosku, że subtelne znaki dawane mi od życia, może i zostaną zauważone i trafnie rozpoznane, ale nie dokonają zmiany w moim umyśle, która jest niezbędna, abym mogła przeprowadzić zmianę w życiu. Zastanawia mnie czy istnieją ludzie, którzy mają tak wyrobioną spostrzegawczość, świadomość i motywację, aby zatrzymać się już na lekkich sugestiach i tym samym nie zmuszać życia do częstowania nas tragedią.

To jest trochę tak jak z mitem uczenia się na cudzych błędach. Ja słyszałam ten przykaz całe moje młodzieńcze życie. Dopiero teraz rozumiem, że jest to z definicji niemożliwe. Bo to co nas uczy to nie samo zdarzenie, ale nasze doświadczenie, przeżycie tego, odczucie. Sama informacja o zdarzeniu, nieważne jak bardzo tragicznym w skutkach, nie dokona zmiany w naszym umyśle, jeśli tego nie przeżyjemy. Dlatego też straszenie dzieci (oczywiście w ich dobrze pojętym interesie) typu „nie wkładaj tam palców, bo zrobisz sobie krzywdę” albo ciągłe ostrzeżenia „uważaj!”, nie dają oczekiwanych rezultatów. Może dziecko musi sobie zranić palec kilka razy, zanim naprawdę nauczy się uważać?

Obok intensywnego przeżycia, w swojej drodze rozwoju uskuteczniłam jeszcze drugi sposób dokonania trwałej zmiany w umyśle. Można ją nazwać świadomą pracą nad sobą. Wyjaśnię ją na przykładzie pierwszej zmiany, jakiej udało mi się tym trybem w sobie dokonać. Odkąd pamiętam przy przeżywaniu nawet najmniej stresujących sytuacji, w mojej głowie zawsze towarzyszyło mi audytorium kłócących się ze mną głosów. Towarzyszyło mi to szczególnie intensywnie przy każdej wizycie u rodziców. Już przed pójściem tam rozbrzmiewały mi w głowie głosy strachu, szereg możliwości przykrych słów, którymi mój ojciec mnie znów uraczy, i jeszcze więcej możliwości ripost jakimi mogłabym mu odpowiedzieć. Oczywiście tak przygotowana na spotkanie, bardzo łatwo umiałam wyłowić cięte uwagi mojego ojca, skierować je na siebie i jak zwykle… ulec totalnemu paraliżowi i jeszcze bardziej zamknąć się w sobie. Po wizycie zaczął się w mojej głowie kolejny harmider myśli, karcenia się, szydzenia, możliwych odpowiedzi, które powinnam była powiedzieć. Ucisk w mojej głowie spowodowany tą mieszanką doprowadzał mnie często do płaczu, napadów jąkania się i bardzo często był powodem bezsennych nocy. Nie kryjąc, te natrętne myśli, które pojawiały się w mojej głowie, i których nie mogłam się pozbyć, niszczyły moją psychikę i poczucie własnej wartości. Kilka miesięcy temu zaczęłam medytować i nauczyłam rozpoznawać te natrętne myśli jako moje nawykowe reakcje. Umiałam już bardzo celnie zidentyfikować i nazwać każdy moment, który wywoływał we mnie taką nawykową reakcję. Co z tego jeśli nie mogłam zahamować fali domina głosów jakie niewzruszenie następowały po rozpoznaniu tego momentu? Tu z pomocą przyszło mi świadome oddychanie, którym rozpoczynam każdą medytację. Po prostu jak już zidentyfikowałam moment napływu natrętnych myśli natychmiast zaczynałam oddychać skupiając się na oddechu. Po kilkunastu lub kilkudziesięciu oddechach zapominałam nawet o czym miała być ta natrętna dyskusja 🙂 I tu po może 100 takich ratowniczych sesjach oddechowych, zadziała się magia. Tak naturalnie gdzieś po drodze spostrzegłam, że natrętne myśli mnie już nie nachodzą 🙂 Jak czasami zdarza się mi przypadkowo wkroczyć na dawne ścieżki, to już nie panikuję, bo wiem co robić 🙂

Podsumowując, udało mi się zidentyfikować dwie metody dokonywania trwałej zmiany w sobie:

  1. Poprzez intensywne doświadczenie – najczęściej jest to tragedia lub bardzo ciężkie przeżycie (chociaż pozytywne intensywne zdarzenia też występują); jest to metoda bardzo bolesna, ale daje trwałą zmianę w bardzo krótkim okresie czasu, lubię nazywać tą zmianę „klikiem”;
  2. Poprzez świadomą pracę nad sobą – czyli uświadomienie sobie natury naszych reakcji jako schematu i codzienna każdorazowa praca nad zamianą tego schematu na coś innego; metoda wymagająca skupienia i wysiłku, a także długotrwała (mi rozpoznanie moich natrętnych myśli jako nawyku zajęło kilka miesięcy i kolejne kilka miesięcy zmiana nawyku).

Wracając do tematu niniejszego wpisu. Według znanego psychiatry i twórcy logoterapii (terapii poprzez sens) Victor’a E. Frankl’a, są trzy dziedziny dające człowiekowi poczucie sensu w życiu: działanie, miłość i cierpienie[1]. Pierwsze dwa wydają się oczywiste, ale cierpienie same dla samego siebie sensu życiu nie nadaje. Sens jest znajdowany w tym, co to cierpienie tworzy, co umożliwia. Otóż poprzez cierpienie rozwijamy się duchowo, i właśnie ten rozwój, którego dokonujemy może być sensem życia. Tak samo dobrym jak miłość (szczęśliwy związek/rodzina) czy działanie (satysfakcjonująca praca). Sens w naszych tragediach jest taki, że albo ona sama w sobie dokona w nas zmiany albo umożliwi nam zapoczątkowanie naszego rozwoju duchowego. Bo kto z nas zacząłby nad sobą pracować, gdyby przydarzały nam się w życiu same przyjemne rzeczy?

Co się dzieje jednak jeśli tragedia przychodzi do nas, gdy nie jesteśmy gotowi z niej skorzystać, nie mając wystarczająco rozwiniętej świadomości jej potencjału i motywacji jej wykorzystania? Przez ostatnie kilka lat, życie zsyłało mi takie negatywne intensywne przeżycie średnio raz w roku. Od momentu, gdy zauważyłam, jakich zmian w sobie dokonuję pod ich wpływem, jakim transformacjom ulegam, moje podejście do nich zupełnie się zmieniło. Kiedyś wpadłabym w swój dobrze znany stan paraliżu i do bajorka użalania się nad sobą. Teraz, gdy kilka miesięcy temu straciłam pracę i miałam świadomość, że co najmniej pół roku nie znajdę niczego odpowiedniego, a ja i moja córka pozostaniemy bez środków do życia (z moich doświadczeń wynika, że odpowiedniej pracy szuka się ok. 6 miesięcy), uśmiechnęłam się tylko i pomyślałam z niekrytą ekscytacją „Ciekawe, jakiej ulegnę tym razem transformacji?” 🙂 Tak jest teraz. Nie zawsze tak jednak było. Tragedie z okresu dzieciństwa i dorastania zostały we mnie w postaci traumy. Ukryłam je bardzo głęboko, bo nie potrafiłam egzystować zatapiając się w nich. Kiedyś przyjdzie odpowiedni czas na ich uleczenie. Ale chyba na razie nie jestem na to gotowa.

[1] Victor E. Frankl „Człowiek w poszukiwaniu sensu”


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.