Ryk przebudzenia


Udostępnij na:

To początek. Od tego wszystko się zaczyna. Podróż do wnętrza siebie. Początek Twojego  świadomego życia.

U mnie wszystko zaczęło się ok. 1,5 roku temu. Miałam wtedy 3 letnią córkę, dobrze płatną pracę, byłam w wieloletnim toksycznym związku i miałam chroniczną depresję. Zastanawiacie się jak można być wiele lat w związku, który jest toksyczny? Tą wiedzę tajemną posiadły chyba tylko osoby, które w takim związku były uwikłane. Bo inaczej się tego nie da nazwać – to uwikłanie we wzajemnych zależnościach kata i ofiary, poniżania i poczucia winy, gdzie czasami pełnisz jedną czasami drugą rolę. Trwania w tego rodzaju relacji z pewnością nie da się wytłumaczyć logiką. Ale o tym napiszę przy innym temacie. Jeśli chodzi o mój przypadek, to, gdy zamieszkaliśmy razem z moim X po 5 latach ekscytującej znajomości, zaczęło być dla mnie jasne, że nie uda nam się stworzyć szczęśliwego związku z prawdziwego zdarzenia. Jako że cechącharakterystyczną każdego toksycznego związku jest brak możliwości zdrowego rozstania, przez kolejne 5 lat trwałam na nieskończonej sinusoidzie mobilizacji uleczenia relacji według kolejnej strategii naprawczej i popadania w skrajną beznadzieję, gdy strategia sytuacji nie poprawiała. Aż nadszedł taki moment, gdy strategie naprawcze mi się wyczerpały. Korytko się opróżniło, nie miałam już nic. Dałam temu związkowi już wszystko co miałam, czułam się pusta, zmęczona, zrezygnowana, bez iskierki nadziei na cokolwiek. Poddałam się. Zaczęłam żyć czołgając się z jednego dnia w drugi, moja depresja się pogłębiała. Pamiętam, że na początku było niby ok, ale wszystko co robiłam było mechaniczne, wyuczone, bez świadomości. Płakałam tylko czasami, potem codziennie przed snem. Piłam alkohol stanowczo za często, ale przecież tylko dzięki niemu wszechogarniająca mnie beznadzieja była choć przez chwilę bardziej znośna. Potem zaczęłam płakać zawsze w drodze do pracy i w czasie powrotów do domu (a jeździłam ok. 50 minut w jedną stronę). Awantury w domu na oczach mojego małego aniołeczka stały się już codziennością. Doprowadziłam się do stanu, gdy płakałam już nawet w pracy i nie byłam w stanie wykonywać swoich obowiązków. Nie byłam też w stanie opiekować się własnym dzieckiem.

Każdy ma swoją osobistą granicę. Tu doszłam do swojej. Tu osiągnęłam swoje dno. Zawsze uważałam, że jestem zbyt odpowiedzialna i obowiązkowa, żeby się załamać psychicznie, wylądować w szpitalu czy nie móc wstać z łóżka z rana. Ale to była moja wersja kryzysu psychicznego. To był moment kiedy powiedziałam: DOŚĆ! I to właśnie w tym momencie poczułam moc determinacji tak silną, że umożliwiła zadzianie się magii! Z niewyobrażalnym wysiłkiem pokonałam swój opór i swoje pierwsze kroki skierowałam do psychiatry po leki, żeby być w stanie się podnieść. Antydepresanty w połączeniu z ogromną determinacją i wolą zmiany jakie w sobie poczułam, sprawiły w przeciągu paru tygodni coś niesamowitego! Wygoniłam z mojego umysłu toksyczne poczucie winy – na zawsze! Nikt nigdy nie będzie mną już sterował poprzez poczucie winy! Udało mi się wyrwać z toksycznego więzienia – co było poza moim zasięgiem przez ostatnie 5 lat! A co było w tym wszystkim najlepsze to to, że mechanizm mojego umysłu w przeciągu tych kilku tygodni poprzestawiał sobie zębatki i zaczął zupełnie inaczej działać niż poprzednio bez jakiejkolwiek pracy z mojej strony. Od tego czasu jestem pewna: nigdy, przenigdy nikt nie wpędzi mnie w poczucie winy, skończyłam z tym! Chcesz uważać mnie za sukę? Proszę bardzo! Ja robię swoje i idę własną drogę. A z tej drogi nie ma już odwrotu.

To był mój początek. Mój ryk przebudzenia[1] do autentycznego życia. Wtedy nie zdawałam sobie jeszcze sprawy do czego właśnie otworzyły mi się drzwi. Wyszłam z grania zaprogramowanych ról, zaspokajania przykazów społecznych, zaczęłam definiować świat na nowo, tym razem jednak przepuszczając wszystko przez samą siebie.

[1] Ryk przebudzenia – pojęcie zaczerpnięte od Hal i Sidra Stone z „Voice Dialogue” oznaczające przełomowy moment uwolnienia energii życiowej i rozpoznania natury naszego autentycznego Ja.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.